Bo ze mną nigdy nie jest nudno!

Dzisiaj chce Wam opowiedzieć o moim dwutygodniowym wyjeździe na deskę, na którym nie obyło się bez MAŁYCH przygód :)

Plan moich dwóch tygodni układał się tak:
- 1.02. - wyjazd do Francji na obóz freestylowy
- 9.02. - powrót z Francji, po drodze wysiadka w Austrii
- przesiadka na pociąg w Villach
- dojazd autokarem do Karpun w Austrii gdzie miałam być instruktorem.
Wszystko proste, prawda? Trasa sprawdzona, bilet kupiony, jedna torba i deska ze mną, drugi komplet z drugą ekipą. Cacucho. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Ale...

1 lutego. Katowice. Godzina 17:00. Niby planowany wyjazd, ale tak naprawdę wyjeżdżamy przed godzina 18:00.
Zaraz po 'starcie' naszego autobusu dzwoni tato. "Aniu, chciałem Cię tylko poinformować, że jedziecie bez przyczepki, bo w jednym kole nie ma jakieś śrubki i przyczepka stoi z boku... Więc jedziecie bez.. O nie, czekaj, jednak się zatrzymujecie. A nie, jednak jedziecie. No to jedziesz z tylko z tym co masz ze sobą...". <w tym momencie pomyślałam o sportowym plecaku z garstką jedzenia, 2 butelkami picia, szczoteczką do zębów i laptopem....>
Gosia (koleżanka :*): Ty... pewnie sobie jaja robi.

Na pierwszym postoju okazuje się, że niestety to nie żarty. Przyczepka ma dojechać dopiero we Wrocławiu - ok, byle nasze rzeczy dotarły... Na tym samym postoju okazuje się, że autobus się zepsuł i, że drugi przyjedzie dopiero za 1,5h... sweet.
Po 45 minutach okazuje się, że jednak 3 sprytnych panów wlało to i owo gdzie potrzeba i autobus już działa. Jedziemy do Wrocka.

Po drodze okazuje się, że ten autokar jednak nie jedzie przez Austrię tylko przez Niemcy. Ale halo! Ja w drodze powrotnej muszę znaleźć się w Austrii!!! Ale ok, będziemy się martwić potem...

We Wrocławiu przyjeżdża nasza przyczepka i bus z naszymi rzeczami. Ruszamy.
Na jakieś drodze okazuje się, że w przyczepce złapaliśmy gumę... Stoimy dobrą chwilę...
Po około 5h wreszcie (!!!) wyjeżdżamy z Polski.
W międzyczasie (w bliżej nieokreślonych miejscach naszej trasy) autobus szwankuje...Ale co tam, my sobie znajdziemy jakieś zajęcie <śmiech!>

Po niezłej obsuwie czasowej dojeżdżamy do Francji późnym wieczorem. Zmęczeni wprowadzamy się do apartamentów. Tym razem przyszło mi mieszkać z Gosią, Dianą, Marysią, Jankiem i Bartkiem - dobra ekipa! Wspólne obiadki, wynoszenie śmieci i odkręcanie słoików, prawie jak wielka rodzina :D

W niedzielę z samego rana czas zacząć nasz freestylowy trening! Freestyle, zajawka, freestyle!
Pogoda niesamowita, super warun, sztruks, lampa z nieba, dobra ekipa, czego chcieć więcej? Progress! Osobiście jestem z siebie mega zadowolona, bo jasne, że mogłoby być lepiej, ale patrząc na mój 'freestyle' (o ile można było to tak nazwać) sprzed roku to łuhu.
Były skoki na hopach, triczki na koxach i trochę street'a też ;) Wszystkiego po trochu! Jazdy w puchu i techniki też nie zabrakło!
Ha, nie zabrakło też ataku grypy, która mnie dopadła 4 dnia i to do tego stopnia, że zjechałam dwa razy i wróciłam do łóżka...
Ale nie dałam się chorobie, co to, to nie, nie ze mną takie numery. Trzeba jeździć!
W tym roku miałam przyjemność jeździć w prześwietnej koszulce z napisem 'Misio' z numerem 23! Dacie wiarę, że jest to koszulka jednego z instruktorów, a w moim przypadku 'Misio' odnosi się do mojego Michała, a numer 23 to nasza liczba?! :D Ironia ^^
Foczki!!!
 Na boxach też potrafię! :)

Nawet się nie obejrzałam a pierwszy tydzień zleciał. Czas się pakować. I teraz puzzle życia. Co jedzie ze mną do Austrii, a co wpakować do torby, która wraca do Polski?!
W ciągu tygodnia rozwiązał się problem mojego dojazdu do Austrii. W międzyczasie okazało się, że nasz docelowy autokar się spóźni i będzie dopiero w sobotę wieczorem. Na szczęście znalazła się inna ekipa, która jechała przez Austrię i mogła mnie zawieźć. Tak więc...

9 lutego. Francja, Vars. Godzina 10:00. Wyjazd z Francji. Kierowcy mówią, że spokojnie na 20:00 będziemy w Villach skąd miałam pociąg o 21:16. Super, dla mnie odlot. Podróż mija niby bez stresu, ale jednak ciągle zerkam na zegarek. O godzinie 17:00 pytam kierowców, o której będziemy w Villach. Co słyszę? "Tak jakoś za 5h". CO?! Za 5h to mój pociąg zrobi PAPA! I co teraz?
Piszę do niczego jeszcze nieświadomych rodziców, że nie zdążę na pociąg. No i co teraz? Przecież następnego dnia rano muszę być w pracy na stoku!!! Wyjść jest kilka, a mianowicie dwa. Jedno gorsze od drugiego, bo jednak dużo bardziej kosztowne niż sam bilet na pociąg...

Rodzice podejmują decyzję, że przyjadą z Polski, przejmą mnie w Austrii i zawiozą do Kaprun na obóz. Decyzja samobójcza, ale ok, już się nie sprzeczam, bo i tak dostanę po głowie.

10 lutego. 3:00 rano. Austria, 30km przed Wiedniem. Rodzice mnie przejmują na jakieś stacji (tak, dojechali w 5h z Gliwic do Wiednia - Tata musiał nieźle nacisnąć na gaz ^^). Rodzice źli, chociaż chyba bardziej zmartwieni. Pakujemy się do auta, każą mi coś zjeść, podają mi poduszki, koc i każą spać "przecież jutro idziesz do pracy, masz dzieci pod opieką". Tak więc zasypiam.

Budzę się o 7:50. Śniadanie w McDonaldzie, mmm ach te tosty! Do tego: wszystkiego najlepszego Mamo! W ramach prezentu - śniadanie w Alpach! :)

O godzinie 9:00 jesteśmy w Kaprun. Ekipa już pojechała na stok. Będąc w stałym kontakcie z kolegą instruktorem wiem, że dopiero kupują karnety - mój będzie na mnie czekał w kasie.
Szybki prysznic w pokoju, przebrać się i na stok. Rodzice zawożą mnie na lodowiec, odbieram karnet, zwarta i gotowa do zajęć.

Patrzę na rodziców. "Em... to pa?" Nie wiem co powiedzieć, w końcu przejechali tyle kilometrów tylko po to, żeby mi pomóc. Wow.

O godzinie 11:00 wjeżdżam na lodowiec, odnajduję swoją grupę i do dzieła! "Dzień dobry, nazywam się Ania, będę Waszym instruktorem."
Trafiła mi się naprawdę fajna, zgrana ekipa! 3 super chłopaków (Karol, Mikołaj i Michał) i 1 urocza gwiazda (Wiktoria). 

Codziennie ostro ćwiczymy technikę. Pogodę mamy w kratkę, raz słońce, raz śnieg. Ale ćwiczymy ostro, nie ma obijania się!
 Cały tydzień staram się odespać stres i nocne przygody. Dodatkowo dochodzi zmęczenie, bo przecież to już drugi tydzień na desce. Czuję, że kolana nie dają już rady, kostka też nie jest w najlepszej kondycji. A tu człowiek musi prowadzić zajęcia, budzić i kłaść spać swoich podopiecznych. Co zrobić, zacisnąć zęby i jazda dalej! 
Na obozie udało mi się również załapać drugi etat jako pielęgniarka obozowa :P Niestety grypa dopadła też obozowiczów, więc tabletki, syropki poszły w ruch!
 Smaczna pizza na przerwie to podstawa!
 Kolega instruktor, który podczas mojej morderczej podróży z Francji do Austrii cały czas mnie wspierał i pomagał :)

Pod koniec tygodnia czuję, że chyba dobiłam kresu swoich możliwości i nawet moje wrodzone ADHD nie jest w stanie dostarczyć mi energii na cokolwiek więcej.
W piątek wieczorem wyjeżdżamy z Austrii, czeka mnie noc spania w autobusie. Jak ja kocham spać.
 O 5:00 nad ranem jesteśmy w Polsce. Jejku, jak bardzo tęskniłam za domem.

Zapytacie czy było warto tego zachodu, tych przygód, tych nerwów?
Bez wahania odpowiem, że TAK! Bo ja nie jestem nudnym człowiekiem. Ja muszę w życiu coś robić. A jeśli po drodze są jakieś przeszkody, to najważniejsze jest to, że można zawsze liczyć na czyjąś pomoc.
Jak to powiedział mój kolega Keny "mam nadzieję, że niedługo będziemy się z tego śmiali!".

Dwa tygodnie na desce dały mi ogromnie w kość. Ale nie zamieniłabym tego na nic innego. Kocham deskę i jeśli tylko zdrowie mi pozwoli to plan na przyszły sezon jest dużo bardziej rozbudowany niż tegoroczny :D

Jeśli ktoś dotarł do końca mojej paplaniny to naprawdę gratuluję!


Zdjęcie, które zostało okrzyknięte najsłodszym zdjęciem tego sezonu ^^

xoxo.


23 comments:

  1. B., Krejzolko, uwielbiam Cię!!! :D

    ReplyDelete
  2. Wytrwałam do końca! Chciałabym też mieć taki cudowny wyjazd - no może z wyjątkiem podróży :P A zdjęcia fenomenalne! Baardzo mi się podobają :) No i jeszcze raz zazdroszczę wyjazdu! :D

    ReplyDelete
  3. Love you za te relacje! Jako nudny człowiek cieszę się, że ktokolwiek ma jakąś przyjemność w życiu! To czekam na tego Nobla :D

    ReplyDelete
  4. prawdziwa krejzolka :))) super :))

    ReplyDelete
  5. Wow, no to rzeczywiście łatwo nie było =)

    ReplyDelete
  6. Czekałam na ten post!
    Świetne foty, szczególnie to freestylowe, nieźle wymiatasz :)

    Ja byłam niedawno na 2 godz. nauki na desce i instruktor powiedział, że nieźle mi idzie, tylko muszę jeszcze poćwiczyć przednią krawędź. Ty jesteś bardzo przechylona na tych zdjęciach, ja tak nie umiem ;p Ale też jeżdżę na goofy, piątka! :D

    W ogóle to masz super rodziców, że chciało im się tyle jechać :)

    A mogę prosić o radę, jak prawidłowo jeździć na orczyku? Bo na fotach jesteście wszyscy wyprostowani, a mi instruktor kazał mieć ugięte kolana, jedną ręką trzymać się za ten "kij" a drugą mieć równolegle do deski. Udało mi się tylko raz na chyba 4 razy dojechać na samą górę ;P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję :)
      A widzę, że koleżanka po fachu! Bardzo dobrze! To wychylenie przychodzi z czasem jak zaczynasz jeździć na krawędzi, szybciej, bardziej agresywnie i dynamicznie. Wtedy siła odśrodkowa pozwala Ci się tak wychylić :) Goofy górą! <3
      Co do rodziców - nie sądziłam, że mam ich takich super. Naprawdę.
      Rada. Hm. To, że ja jestem wyprostowana to pewne przyzwyczajenie i to, że ja już nawet nie myślę o tym jak mam jechać na orczyku bo jest to dla mnie 'normalne'. Zwykle na początku najlepiej jest właśnie ugiąć nogi, bo przy wyprostowanych łatwo stracić równowagę i się spiąć niepotrzebnie. Ja też jeżdżę trzymając za drążek jedną ręką, ale najczęściej zdarza mi się w ogóle nie trzymać orczyka ;) Chodzi o to, że podczas jazdy na wyciągu powinniśmy utrzymać te sama pozycję co podczas jazdy na desce :)
      Skąd jesteś Kasiu? I gdzie jeździsz na deskę? Może uda się nam kiedyś spotkać i pojeździć? :)

      Delete
    2. no właśnie na pewno jak poćwiczę to też w końcu to będzie dla mnie coś normalnego :)
      ja jestem z Warszawy i ćwiczyłam u nas na Górce Szczęśliwickiej ;p Ale na przyszłą zimę na pewno wybiorę się gdzieś w góry :)

      Delete
  7. Relacja robi wrażenie, która została świetnie poparta zdjęciami :)
    Niesamowita jesteś!

    ReplyDelete
  8. Zazdroszczę takich wspomnień :) Bo w trakcie przygód było wiele nerwów, ale jest co wspominać i to jest świetne;) i tyle czasu spędzonego na stokach.. ahh.. :D
    Miło się czytało ;)



    //Ilona

    ReplyDelete
  9. Ale miałaś przygody :) dobrze, że wszystko zakończyło się szczęśliwie :) Napaliłam się na narty patrząc na te zdjęcia :)

    ReplyDelete
  10. doczytałam i powiem CI, że masz wspaniałych rodziców :P
    a tak to zazdroszczę takiej pasji :)

    ReplyDelete
  11. doczytalam do konca :) super, ze Rodzice tak Ci pomogli i wszystko sie udalo :) pozdrawiam serdecznie :)

    ReplyDelete
  12. Wiesz, ja też Ci zazdroszczę, że masz własną pasję, że robisz coś, co sprawia Ci tyle frajdy. Musisz dobrze jeździć na desce, skoro zostałaś instruktorką. Ja nigdy nie miałam do czynienia z deską czy nawet nartami, także jestem w tym temacie kompletnie zielona. Faktycznie, kochanych masz rodziców, którzy poświęcili się i przyjechali po Ciebie, no ale to w końcu rodzice, nie mogli zrobić inaczej;) Bardzo przyjemnie czytało się tą relację, pomimo czytania o trudnościach. Ale myślę, że jest tak, jak napisałaś, że przeszkody Ci nie straszne;) Pozdrawiam.

    ReplyDelete
  13. Znam relacje z twojej opowieści w piątek na spotkaniu i przeczytałam teraz całość :P Ty to kobieto masz przygody!

    ReplyDelete
  14. Och! Podwójna adrenalina :)
    Wspaniała pasja!

    ReplyDelete
  15. Kochana, zapraszam do zabawy na temat domowego dnia piękności :)
    otagowałam Cię- więcej info u mnie.

    ReplyDelete
  16. Łoo, no to powiem tak, nie nudziłaś się. Nigdy nie jeździłam na snowboardzie ani na nartach, chociaż to jest moje marzenie, ale zobaczymy. Jakoś za każdym razem lęk wygrywa. Ale jak widzę przygody z autobusem -.- znam to niestety. Wracałam z koloni z Hiszpanii i co ? w połowie drogi padł nam autobus. Tragedia. Ani w jedną stronę ani w drugą. Ale w końcu autobus odpalił, ale niestety nie był na tyle sprawny abyśmy mogli bezpiecznie wrócić do Polski, dlatego też niedaleko MUret we Francji biuro podróży zafundowało nam darmowy nocleg, a następnego dnia nad ranem przyjechał nowy, sprawny autobus.

    Zapraszam też do mnie, liczę na szczery komentarz, bo tak niewiele, a tak ciesz i motywuje do pracy :D
    http://seconddiffrentworld.blogspot.com/

    ReplyDelete
  17. Pełna przygód podróż, ale widać, że było warto^^

    ReplyDelete
  18. Wow, ale zdjęcia ;) Zazdroszczę obozu ;)

    ReplyDelete
  19. Przygoda życia. Dobrze, że ze wszystkim się wyrobiłaś! Pozdrawiam (:

    ReplyDelete
  20. Zazdroszczę, ja to tylko na nartach umiem i do tego całe lata temu ostatnio jeździłam. Wspaniałych masz rodziców :). Ja to bardzo lubię takie przygody, potem jest co wspominać i opowiadać :D.

    ReplyDelete

Dziękuję za Twój komentarz.
Do zobaczenia w kolejnym poście! ♥